Kulinarna prawda...

Miało być ze Spały, ale obóz tak szybko zleciał, że… nic tam nie napisałam:/ Dzień za dniem upływał mi w ten sam sposób: bieganie, śniadanie, trening, kriokomora, obiad, trening, kolacja, fizjoterapia, spanie. I tak przez dwa tygodnie. Za to teraz zafunduję Wam dużą porcję śmiechu!

Wymaga to nie lada odwagi z mojej strony, żeby pisać o sprawach dla mnie trudnych. Uznałam, że pisanie o rzeczach, na których się znam, to małe wyzwanie, więc powiem Wam co nieco o moich słabościach, czyli przygody kulinarne Luizy Złotkowskiej:)

Zacznijmy od tego, że mam wspaniałą mamę, która fantastycznie gotuje! Zawsze - w wolnej chwili (a było ich mało) - mogłam podglądać, jak przyrządza swoje specjały. Ale tylko podglądać! Mama zawsze objaśniała mi, co i jak robi, ale nie za bardzo dopuszczała mnie do zrobienia „czegoś” samodzielnie. Cóż, kto o zdrowych zmysłach dopuściłby blondynkę, lubiącą różowy kolor do ostrych narzędzi i ognia!

Na dodatek od 14 roku życia mieszkałam poza domem. I nigdy nie musiałam gotować, posiłki zawsze - po prostu - były. W internacie (14-19 lat) wszystkie posiłki jadłam na stołówce, na studiach (19-25 lat) miałam wykupiony karnet do bistro na terenie kampusu, a teraz - przez ponad 250 dni w roku - mieszkam w hotelach, gdzie posiłki przygotowują kucharze.

Prawdy nie da się ukSzarlotkaryć! NIE POTRAFIĘ GOTOWAĆ! Nigdy szczególnie nie przeszkadzało mi to w życiu. Głodna nie chodzę:) Czasami jednak podejmowałam próby. Był taki rok, gdy postanowiłam nauczyć się piec ciasta, lecz mój mentor był ciągle w gotowości: „tego chyba za dużo…”, „włącz mikser na większe obroty”, i tak dalej. Jedynym wyjściem było zamknąć się w kuchni lub poczekać aż mama wyjdzie. Moim pierwszym ciastem była szarlotka, do dziś pamiętam jej smak. Mmmm, prawie najlepsza na świecie:) Było to wielkie wydarzenie w mojej rodzinie. Powszechnie jestem znana jako kulinarne beztalencie. Skąd ten przydomek? Nie wiem. Ja przecież nawet nie próbowałam. Szarlotkę zjadła moja rodzina i znajomi. Czy smakowała? Mówili, że tak. Ale prawdę znają tylko oni. Nie było zakalca, równo się dopiekła, ciasto, jabłka, kruszonka na wierzchu, wszystko na miejscu.

Tak mnie to zmobilizowało, że postanowiłam zrobić sernik! Duże wyzwanie, sernik jest moim ulubionym ciastem. Przepis znalazłam w internecie, nie trzymałam się go ściśle. Zastosowałam kilka sztuczek podpatrzonych u mamy. Efekt? Słowa mamy: ”No, no. Muszę wypróbować ten przepis”. Byłam dumna:) Cała blacha zniknęła bardzo szybko. Później stało się to, co nieuchronne - sezon, wyjazdy, treningi, po raz kolejny musiałam odłożyć moje kulinarne doświadczenia w nieznaną przyszłość.

Sernik Żeby nie było tak pięknie i słodko, przyznam się też do zeszłorocznej wpadki:) Do dziś sama z siebie się śmieję! Bo nic innego nie pozostało. Miałam ugotować obiad. Nic prostszego jak tylko spaghetti bolognese. Mama dała mi wskazówki: mięso jest w lodówce, makaron i przyprawę do sosu znajdziesz w szafce, i wyszła. Zabrałam się do dzieła. W gotowaniu makaronów, kasz, ryżu - jestem dobra. Nie było z tym problemu. A robienie sosu pamiętałam z czasów studiów: wrzucić mięso na patelnię, podsmażyć, fix z torebki rozrobić z wodą i dodać do mięsa. Banalne! Tak też zrobiłam. Niestety, okazało się, że w szafce znalazłam coś o nazwie „Przyprawa do Spaghetti Bolognese”. Nie miałam pojęcia, że przyprawa to nie to samo, co popularne gotowe sosy. Po rozrobieniu całej zawartości torebki z wodą i wlaniu do smażącego się mięsa, okazało się, iż jest to tak intensywne, że niestety nie do zjedzenia. I tak przerosło mnie przyrządzenie „dania”, które gimnazjalista potrafi zrobić:(

Do dziś jem u mamy. Dlaczego? Bo tam jest najsmaczniej, najszybciej i zawsze bardzo rodzinnie. Podejrzewam, że więcej jest osób, którym właśnie u mamy wszystko najbardziej smakuje. Czuję, że kiedyś rozwinę w pełni skrzydła, również na tym polu. Jak na razie, gdy chcę coś ugotować, korzystam z prostych, ale bardzo smacznych przepisów, na przykład placki z jagodami.

Poniżej zdjęcie tych moich, rzeczywiście pyszne, polecam spróbować. Nie tylko zjeść, ale i przygotować:) Choć - gdy robi je mama - smakują jakoś lepiej!

 

Kategorie publikacji: