Wypadki, kontuzje i inne przypadki…

4 sierpnia Natalia Czerwonka miała wypadek. Jej stan jest dobry, a rokowania wskazują, że za kilka tygodni będzie mogła wrócić do treningów. Natalia jechała na rowerze, jechała szybko, była na tyle zmęczona, że nie zauważyła stojącego na poboczu traktora. Wbrew powszechnemu stwierdzeniu, że sport to zdrowie, wypadek Natalii nie jest odosobniony, a wręcz wpisany w ten zawód.

Według mnie - sam wypadek i leczenie - nie jest aż tak trudne jak powrót na sportowe wyżyny. Trzymam kciuki za Natalię, żeby szybko wróciła na lodowe areny całego świata.

A tymczasem przedstawię Wam kilka moich przypadków. W środowisku łyżwiarskim to ja jestem ta pechowa. Jak coś się dzieje, to podejrzenia zawsze padają na mnie. Ale ja uważam, że szczęście w życiu musi się równoważyć z pechem. A że szczęścia w życiu mam dużo, to i pech mnie nie omija. Kilka minut temu dostałam SMS-a od Natalii leżącej w szpitalu: „Luiza, już wiem czemu mi się to przytrafiło! Mam medal olimpijski i musiało się zrównoważyć!". Natalia zna moją teorię nie od dziś:)

Ja natomiast - odkąd pamiętam - miałam różne wypadki. Przykłady? Proszę bardzo. Grupa 30 dzieciaków jechała na rolkach, na torze był jeden mały patyczek, wpadłam na niego tylko ja (zszywana broda)! Gdy ta sama grupa robiła trening biegowy wzdłuż rzeki San, tylko mnie osunęła się stopa i wykąpałam się w lodowatej wodzie. Zęby do dziś mnie bolą, jak o tym myślę. Notabene nie wszystkie są moje. Cóż, moje "szczęście" ujawniało się już w młodzieńczych latach:) Po jakimś czasie stworzyłam w komputerze folder „kontuzje i inne wypadki”. 

Są wśród nich sprawy niegroźne, jak na przykład eksplozja puszki kakao w torbie, gdy leciałam samolotem. Wszystkie rzeczy były w brązowym proszku. Ale również bardzo poważne, jak zerwanie więzadła krzyżowego w prawym kolanie. W konsekwencji przeszłam operację i półroczną rehabilitację, a powrót do formy sportowej zajął mi jeszcze dłużej.

Najgorzej dla mnie kończą się jednak wakacje i urlopy, zawsze jak wyjeżdżam sobie odpocząć, wracam z nowym problemem. Wakacje 2010, Wyspy Kanaryjskie, tuż po zdobyciu pierwszego medalu olimpijskiego. Zaplotłam sobie warkoczyki na głowie, gdy słońce oddziaływało silnymi promieniami na moją skórę, głowa zaczęła puchnąć. Byłam przerażona, wyglądałam jak wielka BUŁA! Wtedy powstałam moja teoria, tłumaczyłam sobie, że skoro mam medal, to mogło mi się coś wydarzyć. Ale gdy kilka miesięcy później - jadąc na rolkach - zderzyłam się z innym rolkarzem na krakowskich Błoniach i złamałam kość jarzmową, zaczęłam się zastanawiać jak długo to potrwa. Złamana kość jarzmowa wymagała tygodniowej hospitalizacji i operacji (na zdjęciu wyglądam jak ofiara przemocy domowej ). Z pobytu w szpitalu pamiętam jak bardzo zdziwiłam się, że na oddziale chirurgii szczękowo-twarzowej wszystkie pacjentki dostały na śniadanie bułkę, której żadna nawet nie mogła ugryźć!

Rok 2011 zaczął się dla mnie sportowo bardzo dobrze. W marcu zajęłam najlepsze w mojej indywidualnej karierze, 11. miejsce na mistrzostwach świata. W kwietniu leżałam już na stole operacyjnym, bo zerwałam więzadło krzyżowe, zaledwie tydzień po zakończeniu tak dobrego sezonu. Operacja, 6 miesięcy rehabilitacji. Od nowa uczyłam się chodzić, biegać. Było ciężko - to zdjęcie u góry, gdzie moja noga ma wielki pancerz, czyli ortezę i 2 przeurocze sączki.

Wakacje 2013 spędzałam na Majorce, z moim rowerem oczywiście. Finał był taki, że na jednym z górskich zjazdów rower się połamał, a ja - na szczęście - tylko mocno poobijałam (na zdjęciu moje nogi po tej kraksie). W tym roku zrezygnowałam z wakacji, nie wiadomo jaką cenę mogłabym zapłacić za olimpijskie srebro:)!

Kategorie publikacji: